Relacja z III Turnieju Rycerskiego o Miecz Czarnego Rycerza i Złotą Strzałę Kasztelanii w Będzinie
Honor Omnia Vincit - III Turniej Rycerski o Miecz Czarnego Rycerza i Złotą Strzałę Kasztelanii.
Honor zawsze zwycięża - takim oto hasłem powitani zostali rycerze, woje i damy, którzy przybyli na III już zorganizowany przez Będzińską Kasztelanię turniej (Chwała Wam).
Zgodnie z obietnicami, w dniach 30 maja - 1 czerwca nie zabrakło wrażeń oraz gorzałki. Mimo tego, że w piątek brama, tabliczki i sama scena znajdowały się jeszcze w stanie budowy organizatorzy (Chwała im), wyrobili się z robotą na czas. W pełny pracy piątkowy dzień do Będzina przybyła przedstawicielka Opolskiego Bractwa Miecza, Załoga Grodu Raciborskiego, świeżo uformowana Krakowska Drużyna Zbrojna, Drużyna Rycerska Zamku Królewskiego w Chęcinach oraz jedno ze średniowiecznych stowarzyszeń Warszawy. Nocleg jak zawsze zapewniony był w pełnym wspomnień Domu Kultury (Chwała, chwała, chwała!).
Jak to z wieczorami w dobrym towarzystwie bywa, w ruch poszły języki i butelki. Bierni wydawali się tylko Warszawiacy, którzy do zgaszenia świateł polerowali swój ekwipunek lub przy pomocy wiertarki ręcznej wykonywali dziury we wszelakich paskach. Koedukacja zakończyła się o 2 w nocy, krótko po wybijającym z rytmu przetoczeniu się na drugie piętro DK prawie 20-osobowej, dopiero co przybyłej grupy warszawskiego Excalibura. Planowana sesja RPG została przerwana już po 5 minutach rozgrywki, kiedy to dwóch graczy usnęło, a jeden z pianą na ustach rzucił się w berserku na Mistrza Gry.
Sobotni świt to nerwowa przemiana w średniowieczną kompaniję, która rozglądając się za biegającą gdzieś za budynkami hołotą głośnych krasnoludów udała się na będziński zamek. A tam niespodzianka. Na przyzamkowym polu stoi już kilka namiotów, w tym ten chyba najważniejszy - namiot gospoda, w którym to za ręcznie wykonane przez Gęsika karteczki spożywcze można było zabrać część swojego, jakże smacznego dobytku. Szkoda tylko, że nie wydawano misek ani kufli, bo ileż to żarła w rękach można unieść, a z wykorzystanym już kwitkiem po dokładkę strach wracać.
Pojedliśmy, zagasiliśmy pragnienie wodą (powiadam wodą, nie nieznaną jeszcze w średniowieczu wódą) po czym przywitaliśmy się z kolejnymi przybyłymi bractwami. Sobotniego ranka na zamek przybyła m.in. reszta bractwa Opolskiego, Raciborskie Bractwo Wojowników, Dom Jastrzębia z Krakowa, a nawet dwuosobowe poselstwo Stowarzyszenia Srebrnego Smoka. Kiedy to każdy imię drugiego poznał, ustawiliśmy się do wyruszającej na miasto parady. Słońce, z którego astrologowie wyczytali godzinę 11, prażyło nas niemiłosiernie. Natychmiast po upragnionym wyjściu z terenu zamkowego eskapada udała się wyżej, zmieniając tym znaną nam z ubiegłego roku drogę. Gorało jak na pustyni, tylko piasek i palmy jakieś znajome. Brawa dla idącego przed nami bractwa (rzekomo, o ile dobrze słyszałem byli to wikingowie z Wrocławia), za zaliczenie po drodze wszystkich "Żabek".
Po powrocie nastąpiło okraszone licznymi bardzo chwalebnymi okrzykami przedstawienie przybyłych. Rozpoczął się pokaz jeździeckich umiejętności. Reszta męczącego się w upalnym żarze rycerstwa, znanego arabskim bestiom jako "puszkowane żarło" twardo dobiła do obozu, po czym natychmiast zrzuciła z siebie rozgrzany rynsztunek i z impetem pobiegła toczyć bój o dostęp do ustawionej na końcu obozu cysterny z wodą. Po wstępnym ochłodzeniu większość przybyłych położyła swoje cielska w cieniu, popękanymi ustami prosząc o tabletki na ból głowy. No cóż... Na szczęście udaru nikt chyba nie dostał.
Minęła ledwie godzina, gdy kopami zostaliśmy wyrwani na kolejną część występów przed krwiożerczą publiką. Rozpoczęło się znakomite, sobotnie pasmo turniejów: pokazowego, bojowego i łuczniczego. Oprócz tego białogłowy mają prawo startować w "biegu po sukno", na wieczór szykowany był przepiękny, coroczny szturm na będzińską twierdze. Dzięki Bogu, że całodniowe, jakże chwalebne walki są nagradzane bogatymi w mięsiwa, ciasta, wina i miody biesiadami.
Podczas gdy rycerze rozpoczęli przygotowania do nadciągających pojedynków, kilka bractw kolejno odtwarzało przygotowane przez siebie scenki. Nadeszła i nasza kolej, mimo w miarę ustalonego programu było niebezpiecznie gorąco. "Tutaj miecze latają w powietrzu!" - orzekł oceniający pokaz. Po wszystkim, wyszedłem poza trawiastą scenę, zaczerpując głębokiego oddechu. Wyraźnych uszkodzeń na ciele na szczęście nie stwierdziłem.
Turniej bojowy przebiegał w równie ekscytującej atmosferze. Ktoś wziął sobie do serca liczne kpiny po tymczasowej próbie zastąpienia żelaza drewnem, tak więc tym razem dołożono w tym kierunku starań i pojedynki toczone były na prawdziwy, acz stępiony oręż. Mistrzem tego okazali się waleczni z krakowskiego Domu Jastrzębia.
Turniej łuczniczy zebrał troszkę mniej widzów. Na łuczniczym obszarze świstało wiele strzał, z których najcelniejsze były te wypuszczane z łuku komesa Opolskiego Bractwa Miecza. Podobnie jak i rok temu zdobyło one największe brawa. Dobiegły mnie głosy, że bractwo to przymierza się do utworzenia profesjonalnej, wieloosobowej drużyny strzeleckiej.
A teraz drodzy widzowie, czas na największą atrakcję będzińskiego programu: szturm na zamek ponownie zebrał wielu dzielnych wojów. Bitwa stoczona była na przedzamkowym polu, realizmu dodawała jej grupa czyhających w krzakach szabrowników i kapłan bezskutecznie apelujący o pokój, wśród zgrzytów dziesiątek oręża. W czasie tej jednej, okraszonej hukami armat, zgrzytem cięciw i świstem strzał bitwy, doszło aż do trzech starć, jako, że żadna ze stron nie chciała dać za wygraną. Zdarzało się też, że niektórzy, iście obłędni rycerze w celu kontynuacji bitwy rzucali się po wymordowaniu przeciwnika i na swoich. Masowy pojedynek utracił przez to część swoich zalet, otrzymaliśmy wprawdzie efektowną jatkę, ale z kompletnie niejasną warstwą fabularną. Najlepszą pamiątką po bitwie jest dla nas zdjęcie z półtorametrowym toporem w tle oraz centymetrowe wcięcia w naszym hełmie.
Po bitwie nadszedł czas na tańce i śpiewy. Na scenie przygrywał nam do nich świetny, grający muzykę celtycką zespół Beltaine. Podróżująca z zespołem grupka taneczna nauczyła nas nowych sposobów na radosne podrygi. Po tej świetnej zabawie rozpoczęliśmy dobijanie się do zamkowych wrót. Ja sam próbowałem posłużyć za taran. Niestety z racji tego, że na mojej głowie nie spoczywał żaden hełm, wraz z trzymającymi mnie jak kłodę towarzyszami zrezygnowaliśmy z tego sposobu.
Oblężeni dali w końcu za wygraną. Na dziedzińcu, witani przez kasztelana (Chwała mu!) z niedowierzaniem przecieraliśmy oczy nie mogąc uwierzyć w zgromadzone na stole skarby. Na długim stole spoczywały mięsiwa, ciasta, wina oraz miody. Niestety, z jedzeniem trzeba było trochę się powstrzymać. Kiedy w końcu miała nadejść upragniona chwila osadzenia się na ławach matka natura upomniała się o swoje plony. Tak to już jest w Będzinie, że najlepsze chwile przerywane zostają przez strugi deszczu. Rozpoczęła się nieziemska okraszona piorunami ulewa. Stanęliśmy przed wyborem ratowania swojego cennego, wrażliwego na wodę, spoczywającego przy strzeżonych namiotach sprzętu, a sutym prędko znikającym jadłem. Wybraliśmy to pierwsze, zbiegając w strugach deszczu w dół.
Kiedy już uborykaliśmy się z zabezpieczeniem rynsztunku, na stole zostały już tylko liche kąski. Reszta została w mig pożarta lub skutecznie ukryta przez karczmarza. Ten z wesołą miną nalewał już na dole miodów. Prędko zapomnieliśmy o smutkach wtapiając się w wesołe towarzystwo. Co jak co, ale będzińska karczma równych sobie nie ma. Jedynym mankamentem był panujący w niej tłok. Kiedy deszcz stracił na swojej sile wróciliśmy na dziedziniec, gdzie przy ogniu średniowiecznego rusztu grzała się kolejna rycerska gromadka.
Po kolejnej szalonej nocy nastał świt następnego turniejowego dnia. Wspaniałym niedzielnym akcentem było nieliche śniadanie: chleby, szynki, kaszanki, warzywa, drzemy i ciasta. Organizatorzy zaserwowali nam smakołyki z wczorajszej biesiady, która była pozbawiona niewątpliwego uroku wspólnego stołowania przez lejące strugi deszczu. Trzeci dzień stworzył z całego rycerstwa nierozłączną rodzinę i tym razem z pożyczeniem miski problemów nie było żadnych.
Bractwa udały się następnie na mszę oraz pochód po mieście. Po powrocie miejsce miały finały dwóch, szukających najlepszego, turniejów. W ich czasie, śpiesząc się na pociąg, rozpoczęliśmy smutny epizod pożegnań. I z samym kasztelanem się pościskaliśmy (Chwała mu za nie wywyższanie się ponad inne stany). Próbując uśmiechnąć się przez spływające po twarzy łzy rzekliśmy: "Tutaj byliśmy, piwo, miód i wino z Tobą piliśmy"
Pod sam koniec trzydniowych zmagań, po godzinie 15:00 przyznane zostały nagrody. Zwyciężcami III Turnieju Rycerskiego w Będzinie zostali: Andrzej Kościuk z Opolskiego Bractwa Miecza za najlepszy wynik w turnieju łuczniczym, Woje z Domu Jastrzębia za zajęcie pierwszych miejsc w turnieju bojowym i Załoga Grodu Raciborskiego za najlepszą scenkę pokazową. Raz jeszcze, nabierzmy powietrza i za kasztelanem krzyknijmy: Chwała! Chwała! Chwała! Niech te słowa towarzyszą nam do następnego, czwartego już turnieju!




